Witajcie, dzisiaj chciałbym się z Wami podzielić swoimi wrażeniami z bycia ambasadorką marki Le Petit Marseillais. Znacie już? Jeżeli nie to żałujcie.
Le Petit Marseillais
... to marka, która przenosi nas w świat Południa i Prowansji. Pozwala nam poznać naturalność, autentyczność, bliskość i radość z życia - wszystko to, co jest esencją wartości Południa i obszaru Morza Śródziemnego. Łączy w sobie zabawę zapachami i barwami z harmonią oraz ponadczasowością.
Taki zestaw otrzymałam do testowania:
Ponad to przyznam, że po raz pierwszy spotkałam się z tak elegancką paczką. Otwieranie jej było czysta przyjemnością.
Pielęgnujący balsam do mycia - Intensywne odżywianie:
- Masło Arganowe - chroni przed wiatrem i słońcem. Przynosi ukojenie podrażnionej i wrażliwej skórze, tworzy warstwę ochronną.
- Wosk Pszczeli - posiada właściwości wygładzające i natłuszczające. Zawiera witaminę A, która skutecznie nawilża i odżywia skórę.
- Olejek różany - pozostawia na skórze piękny zapach i pozytywnie wpływa na nasze samopoczucie.
Pielęgnujący krem do mycia - Intensywne nawilżanie:
- Masło Shea - zawiera witaminę A i E, które pielęgnują, nawilżają i regenerują skórę.
- Akacja - pozostawia na skórze subtelny, otulający aromat.
Kremowy żel pod prysznic:
- Malina i Piwonia - pozostawiają na skórze apetyczny, pełen aromatu zapach.
Moja opinia na temat marki:
Le Petit Marseillais to marka wyjątkowa. Jak już wiecie jestem zabiegana przy moich dzieciakach i wiecznie na wszystko brakuje mi czasu. Jedyny czas na jaki mogę sobie pozwolić tylko i wyłącznie dla siebie to kilkadziesiąt minut pod prysznicem, dlatego chcę je wykorzystać nie tylko na mycie, ale również odżywienie swojej skóry. Le Petit Marseillais zaspokaja moje potrzeby w pełni. To kosmetyki, które przede wszystkim niesamowicie pachną - mamy do wyboru całą gamę zapachów - od słodkich po orzeźwiające, każdy wybierze coś dla siebie. W trakcie mycia rozkoszujemy się aromatem, myślami przechadzając się po Prowansji. Zapach zostaje z nami jeszcze na bardzo długi czas. Jest to również pierwsza marka, która w takim stopniu odżywiła moją skórę. Nie mam czasu na balsamowanie i czekanie aż balsam wyschnie, dlatego jestem zachwycona, kiedy mogę to ominąć. Moja skóra po kilku tygodniach używania Le Petit Marseillais zrobiła się gładsza, nie można już po niej "pisać" (wcześniej miałam skórę wysuszoną do tego stopnia, że przejechanie po niej palcem zostawiało ślady). Efekty są widoczne na pierwszy rzut oka. I wiecie co jeszcze? Składniki są pochodzenia naturalnego. Jest to dla mnie niezwykle ważne - dbam o ekologię, jak i cenię wszystko, co nie jest sztuczne. Polecam każdemu. Potwierdziły to również moje koleżanki, które testowały Le Petit Marseillais razem ze mną, w formie próbek.
Dodam tylko, że jest to pierwsza marka, która aż tak dba o swoje ambasadorki, ceni je jako kobiety. Pierwszy raz poczułam się wyjątkowo, a nie jak przy innych testach jako obiekt reklamowy. Bardzo dziękuję, że dostałam taką możliwość.
A Was zapraszam na portal ambasadorski - https://ambasadorkalpm.pl/
Jak i również do siebie na fp - https://www.facebook.com/Myniaki/
Instagram: https://www.instagram.com/myniaki/
YT: https://www.youtube.com/channel/UC_4nz0vro4DmWnqr_vgFvsw
30 sierpnia 2016
23 sierpnia 2016
Za dużo internetu
Technologia to fajna sprawa. Znacząco ułatwia nam życie - pranie samo się pierze, naczynia się myją, a my możemy w każdej chwili zadzwonić do kogo chcemy i porozmawiać.
Niby wszystko pięknie, tylko często zapominamy, jak ta technologia nas od siebie oddala.
Często zapominamy ze sobą zwyczajnie porozmawiać. Zamiast tego on przed swoim komputerem, ona przed swoim i załatwiają "swoje" sprawy. Przecież trzeba sprawdzić skrzynkę e-mail, zobaczyć co u znajomych na fb. A jeszcze kilka lat temu dało się bez tego żyć - dało się usiąść razem przy herbacie i porozmawiać. Dało się opowiedzieć o tym, jak minął dzień, zamiast oznajmić to kilku setkom swoich znajomych na portalu. Dało się być dla siebie, a nie obok siebie.
Wzięło mnie na przemyślenia po tym jak jedna z mam blogerek napisała, że będzie jej teraz mniej na portalu, bo kiedy siedziała z nosem w telefonie, a dziecko ją poprosiło o zabawę odpowiedziała, że za chwilę, na co kilkulatek odpowiedział - "Ty mamo zawsze nie masz dla mnie czasu".
Kochani, zastanówmy się, czy warto poświęcać relacje z bliskimi na "życie" w świecie wirtualnym, który nic do naszego życia tak naprawdę nie wnosi. Nie dajmy bliskim zapomnieć, że są dla nas najważniejsi, że jesteśmy dla nich i są dla nas siłą napędową.
Dzisiaj będzie krótko - zostawiam Was z tą refleksją. Sami zróbcie rachunek sumienia z podsumowaniem, ile czasu spędzacie ze swoimi bliskimi, a ile z technologią. Nie dajmy się omamić i zwariować - wszystko jest ok, ale w odpowiednich proporcjach.
Niby wszystko pięknie, tylko często zapominamy, jak ta technologia nas od siebie oddala.
Często zapominamy ze sobą zwyczajnie porozmawiać. Zamiast tego on przed swoim komputerem, ona przed swoim i załatwiają "swoje" sprawy. Przecież trzeba sprawdzić skrzynkę e-mail, zobaczyć co u znajomych na fb. A jeszcze kilka lat temu dało się bez tego żyć - dało się usiąść razem przy herbacie i porozmawiać. Dało się opowiedzieć o tym, jak minął dzień, zamiast oznajmić to kilku setkom swoich znajomych na portalu. Dało się być dla siebie, a nie obok siebie.
Wzięło mnie na przemyślenia po tym jak jedna z mam blogerek napisała, że będzie jej teraz mniej na portalu, bo kiedy siedziała z nosem w telefonie, a dziecko ją poprosiło o zabawę odpowiedziała, że za chwilę, na co kilkulatek odpowiedział - "Ty mamo zawsze nie masz dla mnie czasu".
Kochani, zastanówmy się, czy warto poświęcać relacje z bliskimi na "życie" w świecie wirtualnym, który nic do naszego życia tak naprawdę nie wnosi. Nie dajmy bliskim zapomnieć, że są dla nas najważniejsi, że jesteśmy dla nich i są dla nas siłą napędową.
Dzisiaj będzie krótko - zostawiam Was z tą refleksją. Sami zróbcie rachunek sumienia z podsumowaniem, ile czasu spędzacie ze swoimi bliskimi, a ile z technologią. Nie dajmy się omamić i zwariować - wszystko jest ok, ale w odpowiednich proporcjach.
Zapraszam również do nas na:
Fan Page: https://www.facebook.com/Myniaki/
18 sierpnia 2016
Pampers Active Baby-Dry
Jak już wiecie dzięki platformie trnd udało mi się dostać do testów Pampers Active Baby-Dry z 3 chłonnymi kanalikami.
Pampersów używaliśmy od dawna. Już przy synku zauważyłam, że to jedyne pieluchy, które wytrzymywały całą noc, a awarie przy nich zdarzały się bardzo rzadko. Za to przy innych pieluszkach popękane gumki ściągające, czy mokre łóżko po nocy były rano dość częstym obrazkiem. Przy córce również postawiłam na Pampers.
Dlatego kiedy usłyszałam o zmianie w mojej ulubionej pieluszce byłam nastawiona dość sceptycznie. Na szczęście się myliłam :)
Nowa technologia z 3 kanalikami chłonnymi pomaga równomiernie rozprowadzać wilgoć w pieluszce, dzięki czemu po nocy, kiedy pampers jest pełen faktycznie nie ma efektu wiszącej pieluchy. Za to widoczne są wcześniej wspomniane kanaliki. Poza tym wiedzieliście, że w Pampersach znajdują się mikroperełki nowej generacji, które wchłaniają do 30 razy więcej wilgoci niż same ważą? Też się zdziwiłam. Ale się sprawdzają!
A to nie jedyne zalety tych pieluszek. Posiadają one również:
-rozciągliwe boczki, które dopasowują się do kształtu ciała i lepiej chronią przed przeciekaniem, -oddychające materiały zapewniające cyrkulację powietrza,
-miękką powłoczkę,
-specjalną szybkoschnącą warstwę.
Po długich testach zarówno przez moją córeczkę jak i przez znajome mamy, które dostały ode mnie próbki do testowania stwierdzamy jednogłośnie, że polecamy! Pampers Active Baby-Dry zapewniają "suche noce", dzięki czemu maluszki rano wstają wyspane i gotowe na nowe wyzwania :)
A oto jak przebiegały testy.
Taki zestaw dostaliśmy do testowania:
Radosny poranek. Jak widać Wikusia jest zadowolona od samego rana po suchej, przespanej nocy :)
Jestem wyspana i gotowa do zabawy :)
A budzi się we mnie mały odkrywca
Pampersów używaliśmy od dawna. Już przy synku zauważyłam, że to jedyne pieluchy, które wytrzymywały całą noc, a awarie przy nich zdarzały się bardzo rzadko. Za to przy innych pieluszkach popękane gumki ściągające, czy mokre łóżko po nocy były rano dość częstym obrazkiem. Przy córce również postawiłam na Pampers.
Dlatego kiedy usłyszałam o zmianie w mojej ulubionej pieluszce byłam nastawiona dość sceptycznie. Na szczęście się myliłam :)
Nowa technologia z 3 kanalikami chłonnymi pomaga równomiernie rozprowadzać wilgoć w pieluszce, dzięki czemu po nocy, kiedy pampers jest pełen faktycznie nie ma efektu wiszącej pieluchy. Za to widoczne są wcześniej wspomniane kanaliki. Poza tym wiedzieliście, że w Pampersach znajdują się mikroperełki nowej generacji, które wchłaniają do 30 razy więcej wilgoci niż same ważą? Też się zdziwiłam. Ale się sprawdzają!
A to nie jedyne zalety tych pieluszek. Posiadają one również:
-rozciągliwe boczki, które dopasowują się do kształtu ciała i lepiej chronią przed przeciekaniem, -oddychające materiały zapewniające cyrkulację powietrza,
-miękką powłoczkę,
-specjalną szybkoschnącą warstwę.
Po długich testach zarówno przez moją córeczkę jak i przez znajome mamy, które dostały ode mnie próbki do testowania stwierdzamy jednogłośnie, że polecamy! Pampers Active Baby-Dry zapewniają "suche noce", dzięki czemu maluszki rano wstają wyspane i gotowe na nowe wyzwania :)
A oto jak przebiegały testy.
Taki zestaw dostaliśmy do testowania:
Radosny poranek. Jak widać Wikusia jest zadowolona od samego rana po suchej, przespanej nocy :)
Jestem wyspana i gotowa do zabawy :)
A budzi się we mnie mały odkrywca
12 sierpnia 2016
Czy da się być idealnym?
Każdy z nas do czegoś dąży, na tym polega życie. Stawiamy sobie cele, osiągamy je, stawiamy poprzeczkę coraz wyżej. Mamy swoje ideały, do których dążymy.
I w tym momencie pojawia się pytanie - czy da się być idealnym?
Nie da się. Koniec. Kropka.
Czemu?
Po pierwsze - człowiek stworzony jest w ten sposób, że ciągle mu mało. I jest to w porządku, motywuje nas do działania, stawiamy sobie barierkę coraz wyżej. Całe życie pracujemy nad sobą, nad swoim charakterem. Uczymy się panować nad swoimi emocjami, kontaktów z innymi ludźmi. Tylko zapominamy, że człowiek to nie robot - puszczają nam czasami nerwy. Jeżeli stawiamy sobie za cel np. nie krzyczenie na dziecko, a mamy naprawdę fatalny dzień w pracy, jesteśmy niewyspani, rozdrażnieni, a nasz kochany szkrab po raz dziesiąty robi wielką histerię o to, że rozleciała mu się wieża z kloców to mamy prawo wybuchnąć. Nie usprawiedliwiam nikogo, namawiam tylko do samoakceptacji. Starajmy się zrozumieć nie tylko innych, ale siebie również. Nie mówię, żeby usprawiedliwiać swoje złe zachowania, ale obwinianie się cały tydzień o to, że złamało się swoje założenie mija się z celem. Będziemy tylko przygnębieni, nic więcej. Natomiast jeżeli przyznamy się do błędu przed samym sobą - i co ważniejsze przed dzieckiem ("Przepraszam, że tak zareagowałam, nie powinnam na Ciebie krzyczeć. Jednak miałam bardzo trudny dzień i nie mogłam znieść Twojego płaczu. Następnym razem pomogę Ci ułożyć tą wieżę.") pozwoli nam zacząć na nowo, od zera, a nie z doliny wyrzutów do samego siebie.
Po drugie - w swoich oczach nigdy nie będziemy idealni, bo kto lepiej niż my sami, zna nasze wady? I powiecie - a moja koleżanka Jolka to nie widzi w sobie żadnych wad. Pewność siebie, wysokie poczucie własnej wartości wcale nie znaczą, że ktoś uważa się za osobę idealną - nawet jeżeli tak twierdzi przed innymi. Tak już skonstruowana jest nasza psychika, nie możemy być świetni we wszystkim. Jednak życie staje się o tonę lżejsze kiedy zamiast użalania się nad swoimi wadami postaramy się nad nimi popracować lub je chociaż częściowo zaakceptować. A już na pewno musimy docenić siebie za własne zalety. Uważasz, że nie masz takich? Zapytaj swojego dziecka. Dam sobie rękę uciąć, że od ręki wymieni jakąś Twoją zaletę.
I najważniejsze - bycie idealnym to pojęcie względne. Coś, co dla jednego jest ideałem, dla kogoś innego jest od ideału dalekie. Dlatego nie spodziewajmy się, że wszyscy będą patrzyli w nas jak w obrazek, kiedy sami osiągaliśmy w pracy nad sobą to, co założyliśmy, ponieważ ktoś inny może mieć zupełnie inne wartości. I jeżeli my postawiliśmy sobie za cel bezstresowe wychowanie i jesteśmy dumni, że nam to wychodzi, to nasza koleżanka może uważać to za porażkę, bo dla niej idealnym wychowaniem jest dyscyplina.
Wiesz czym jest dla mnie bycie idealnym? Życiem w zgodzie ze sobą. Kiedy mogę usiąść i powiedzieć - kurcze Klaudia, wiesz co? To był naprawdę kawał dobrej roboty, że mimo tyłu kłód pod nogami pozostałaś wierna swoim wartościom.
A czym dla Ciebie jest bycie idealnym? Zapraszam do dyskusji.
Zapraszam również na swój fp: https://www.facebook.com/Myniaki/
I w tym momencie pojawia się pytanie - czy da się być idealnym?
Nie da się. Koniec. Kropka.
Czemu?
Po pierwsze - człowiek stworzony jest w ten sposób, że ciągle mu mało. I jest to w porządku, motywuje nas do działania, stawiamy sobie barierkę coraz wyżej. Całe życie pracujemy nad sobą, nad swoim charakterem. Uczymy się panować nad swoimi emocjami, kontaktów z innymi ludźmi. Tylko zapominamy, że człowiek to nie robot - puszczają nam czasami nerwy. Jeżeli stawiamy sobie za cel np. nie krzyczenie na dziecko, a mamy naprawdę fatalny dzień w pracy, jesteśmy niewyspani, rozdrażnieni, a nasz kochany szkrab po raz dziesiąty robi wielką histerię o to, że rozleciała mu się wieża z kloców to mamy prawo wybuchnąć. Nie usprawiedliwiam nikogo, namawiam tylko do samoakceptacji. Starajmy się zrozumieć nie tylko innych, ale siebie również. Nie mówię, żeby usprawiedliwiać swoje złe zachowania, ale obwinianie się cały tydzień o to, że złamało się swoje założenie mija się z celem. Będziemy tylko przygnębieni, nic więcej. Natomiast jeżeli przyznamy się do błędu przed samym sobą - i co ważniejsze przed dzieckiem ("Przepraszam, że tak zareagowałam, nie powinnam na Ciebie krzyczeć. Jednak miałam bardzo trudny dzień i nie mogłam znieść Twojego płaczu. Następnym razem pomogę Ci ułożyć tą wieżę.") pozwoli nam zacząć na nowo, od zera, a nie z doliny wyrzutów do samego siebie.
Po drugie - w swoich oczach nigdy nie będziemy idealni, bo kto lepiej niż my sami, zna nasze wady? I powiecie - a moja koleżanka Jolka to nie widzi w sobie żadnych wad. Pewność siebie, wysokie poczucie własnej wartości wcale nie znaczą, że ktoś uważa się za osobę idealną - nawet jeżeli tak twierdzi przed innymi. Tak już skonstruowana jest nasza psychika, nie możemy być świetni we wszystkim. Jednak życie staje się o tonę lżejsze kiedy zamiast użalania się nad swoimi wadami postaramy się nad nimi popracować lub je chociaż częściowo zaakceptować. A już na pewno musimy docenić siebie za własne zalety. Uważasz, że nie masz takich? Zapytaj swojego dziecka. Dam sobie rękę uciąć, że od ręki wymieni jakąś Twoją zaletę.
I najważniejsze - bycie idealnym to pojęcie względne. Coś, co dla jednego jest ideałem, dla kogoś innego jest od ideału dalekie. Dlatego nie spodziewajmy się, że wszyscy będą patrzyli w nas jak w obrazek, kiedy sami osiągaliśmy w pracy nad sobą to, co założyliśmy, ponieważ ktoś inny może mieć zupełnie inne wartości. I jeżeli my postawiliśmy sobie za cel bezstresowe wychowanie i jesteśmy dumni, że nam to wychodzi, to nasza koleżanka może uważać to za porażkę, bo dla niej idealnym wychowaniem jest dyscyplina.
Wiesz czym jest dla mnie bycie idealnym? Życiem w zgodzie ze sobą. Kiedy mogę usiąść i powiedzieć - kurcze Klaudia, wiesz co? To był naprawdę kawał dobrej roboty, że mimo tyłu kłód pod nogami pozostałaś wierna swoim wartościom.
A czym dla Ciebie jest bycie idealnym? Zapraszam do dyskusji.
Zapraszam również na swój fp: https://www.facebook.com/Myniaki/
Instagram: https://www.instagram.com/myniaki/
YT: https://www.youtube.com/channel/UC_4nz0vro4DmWnqr_vgFvsw
YT: https://www.youtube.com/channel/UC_4nz0vro4DmWnqr_vgFvsw
28 lipca 2016
Nieślubne związki
Dzisiaj na ruszt idzie dość kontrowersyjny temat, może już trochę mniej niż kiedyś, ale jednak dalej kontrowersyjny - życie na "kocią łapę", czy tzw. konkubinat.
Bez bicia się przyznaję, że z Myniakowym tatą żyjemy bez ślubu. Mieszkamy ze sobą 3 lata, mamy razem dwójkę dzieci, ale nie mamy GPS'a na palcu i papierów na siebie. Reakcje ludzi na to są naprawdę różne. Jedni mówią, że by tak nie potrafili, bo przecież dziecko do czegoś zobowiązuje, że tak nie wypada. Inni mówią, że to tylko nasza sprawa i najważniejsze żebyśmy byli szczęśliwi i my i nasze dzieci, reszta schodzi na dalszy plan.
Powiem z góry - jestem bardzo tolerancyjną osobą. Nie przeszkadza mi homoseksualizm, inny kolor skóry, różnica wyznań itp. Nie przeszkadza mi to, o ile to w żaden sposób nie rani innych ludzi, nikt nikomu nic nie narzuca. Każdy z nas jest inny i to jest piękne, bez tego świat byłby nudny. Niemniej jednak nie spodziewałam się, że przyjdzie mi żyć bez ślubu. Jak każda dziewczyna marzyłam o pięknej białej sukni i całej tej otoczce. Jak zawsze życie zweryfikowało plany.
Kiedy okazało się, że jestem w ciąży oczywiście odruch był taki, że wypadałoby wziąć ślub. Tylko właśnie, żeby to było takie łatwe. Każdy kto brał ślub, wie ile sprawa kosztuje, bo wiadomo, że nie o sam ślub chodzi, ale również o wesele. Trzeba wyłożyć naprawdę grubą forsę. Na rodziców liczyć nie mogliśmy - jednych najzwyczajniej na to nie stać, bo mają tyle, że wystarcza na teraz i nic więcej, a jak już wcześniej pisałam - ze strony moich rodziców poparcia dla tego związku nie było. Oczywiście całe otoczenie napierało, że jak jestem w ciąży to ślub być musi, bo przecież co ludzie powiedzą. Rodzice również to sugerowali, jednak nikt nie pomyślał wtedy, że niby za co. Jak zaczęliśmy myśleć o ślubie cywilnym bez wesela to w końcu stanęło po obu stronach rodziny na tym, że jednak lepiej nie brać ślubu, jak nie ma to być kościelny. Zastanawia mnie to do dzisiaj - o co chodzi? W czym ślub cywilny jest gorszy od kościelnego? Przecież kościelny można wziąć nawet kilkanaście lat po ślubie cywilnym i nic nie stoi na przeszkodzie.
I temat znikł. Wrócił w sumie teraz, po 3 latach, jak już finansowo wyszliśmy w miarę na prostą. Nie powiem, bo marzy mi się obrączka na palcu i nazwisko takie samo jak moje dzieci (po urodzeniu nasze dzieci dostały nazwisko ojca - aby uniknąć przyszłych formalności wynikających z zawarcia przez nas związku małżeńskiego i zmiany nazwiska). I co? Cały szał minął, jesteśmy ze sobą już tyle, że mój luby doszedł do wniosku, że jak to tyle poczekało, to jeszcze może poczekać, bo jemu się domek marzy, a nie wynajmowanie mieszkania. Mały konflikt interesów, bo i na jedno i na drugie kredyt by trzeba było brać, a władować się w kredyt to nie sztuka - gorzej go potem spłacić. Oczywiście uparłam się i postawię na swoim :)) (Przepraszam, nie do tego zmierzałam, ale wykorzystałam okazję, żeby Wam się trochę wyżalić :P).
Zmierzam do tego, czy naprawdę aby żyć razem potrzebny jest ślub? Czy tylko ślub zobowiązuje do pełnego oddania się i wierności? Czy nie można mieć szczęśliwej rodziny, szczęśliwych dzieci, starać się dla samej miłości, a nie dla zawartej formalności? I w końcu - ile małżeństw rozpada się mimo Bożej łaski w postaci ślubu kościelnego, a ile związków na "kocią łapę" trwa dalej, mimo wszystko?
Zanim zaczniemy kogoś oceniać spójrzmy też trochę łaskawym okiem - nie wszystko musi być tak, jak wygląda. To, że ktoś nie zawarł ślubu, nie znaczy, że nie myśli o sobie na poważnie, czy boi się powagi sytuacji. Po prostu mogą być aspekty, o których się czasami zapomina - tak jak u nas finansowe lub inne, o których się nie mówi.
Ślub istnieje tylko na papierze, a prawdziwe uczucie, prawdziwa miłość będzie w nas tkwiła niezależnie od krążka na palcu i dokumentów "na siebie".
Zapraszam do dyskusji tutaj, oraz na naszym fp: http://www.facebook.com/Myniaki
Bez bicia się przyznaję, że z Myniakowym tatą żyjemy bez ślubu. Mieszkamy ze sobą 3 lata, mamy razem dwójkę dzieci, ale nie mamy GPS'a na palcu i papierów na siebie. Reakcje ludzi na to są naprawdę różne. Jedni mówią, że by tak nie potrafili, bo przecież dziecko do czegoś zobowiązuje, że tak nie wypada. Inni mówią, że to tylko nasza sprawa i najważniejsze żebyśmy byli szczęśliwi i my i nasze dzieci, reszta schodzi na dalszy plan.
Powiem z góry - jestem bardzo tolerancyjną osobą. Nie przeszkadza mi homoseksualizm, inny kolor skóry, różnica wyznań itp. Nie przeszkadza mi to, o ile to w żaden sposób nie rani innych ludzi, nikt nikomu nic nie narzuca. Każdy z nas jest inny i to jest piękne, bez tego świat byłby nudny. Niemniej jednak nie spodziewałam się, że przyjdzie mi żyć bez ślubu. Jak każda dziewczyna marzyłam o pięknej białej sukni i całej tej otoczce. Jak zawsze życie zweryfikowało plany.
Kiedy okazało się, że jestem w ciąży oczywiście odruch był taki, że wypadałoby wziąć ślub. Tylko właśnie, żeby to było takie łatwe. Każdy kto brał ślub, wie ile sprawa kosztuje, bo wiadomo, że nie o sam ślub chodzi, ale również o wesele. Trzeba wyłożyć naprawdę grubą forsę. Na rodziców liczyć nie mogliśmy - jednych najzwyczajniej na to nie stać, bo mają tyle, że wystarcza na teraz i nic więcej, a jak już wcześniej pisałam - ze strony moich rodziców poparcia dla tego związku nie było. Oczywiście całe otoczenie napierało, że jak jestem w ciąży to ślub być musi, bo przecież co ludzie powiedzą. Rodzice również to sugerowali, jednak nikt nie pomyślał wtedy, że niby za co. Jak zaczęliśmy myśleć o ślubie cywilnym bez wesela to w końcu stanęło po obu stronach rodziny na tym, że jednak lepiej nie brać ślubu, jak nie ma to być kościelny. Zastanawia mnie to do dzisiaj - o co chodzi? W czym ślub cywilny jest gorszy od kościelnego? Przecież kościelny można wziąć nawet kilkanaście lat po ślubie cywilnym i nic nie stoi na przeszkodzie.
I temat znikł. Wrócił w sumie teraz, po 3 latach, jak już finansowo wyszliśmy w miarę na prostą. Nie powiem, bo marzy mi się obrączka na palcu i nazwisko takie samo jak moje dzieci (po urodzeniu nasze dzieci dostały nazwisko ojca - aby uniknąć przyszłych formalności wynikających z zawarcia przez nas związku małżeńskiego i zmiany nazwiska). I co? Cały szał minął, jesteśmy ze sobą już tyle, że mój luby doszedł do wniosku, że jak to tyle poczekało, to jeszcze może poczekać, bo jemu się domek marzy, a nie wynajmowanie mieszkania. Mały konflikt interesów, bo i na jedno i na drugie kredyt by trzeba było brać, a władować się w kredyt to nie sztuka - gorzej go potem spłacić. Oczywiście uparłam się i postawię na swoim :)) (Przepraszam, nie do tego zmierzałam, ale wykorzystałam okazję, żeby Wam się trochę wyżalić :P).
Zmierzam do tego, czy naprawdę aby żyć razem potrzebny jest ślub? Czy tylko ślub zobowiązuje do pełnego oddania się i wierności? Czy nie można mieć szczęśliwej rodziny, szczęśliwych dzieci, starać się dla samej miłości, a nie dla zawartej formalności? I w końcu - ile małżeństw rozpada się mimo Bożej łaski w postaci ślubu kościelnego, a ile związków na "kocią łapę" trwa dalej, mimo wszystko?
Zanim zaczniemy kogoś oceniać spójrzmy też trochę łaskawym okiem - nie wszystko musi być tak, jak wygląda. To, że ktoś nie zawarł ślubu, nie znaczy, że nie myśli o sobie na poważnie, czy boi się powagi sytuacji. Po prostu mogą być aspekty, o których się czasami zapomina - tak jak u nas finansowe lub inne, o których się nie mówi.
Ślub istnieje tylko na papierze, a prawdziwe uczucie, prawdziwa miłość będzie w nas tkwiła niezależnie od krążka na palcu i dokumentów "na siebie".
Zapraszam do dyskusji tutaj, oraz na naszym fp: http://www.facebook.com/Myniaki
Zapraszam również do nas na:
25 lipca 2016
Oczami dziecka
Czasami ciężko nam zrozumieć emocje dziecka. Robi histerię, bo ma założony niebieski podkoszulek, a chce żółty, bo wywaliła się wieża z klocków, bo dostał jogurt truskawkowy, a nie jakikolwiek inny, albo płacze bo płacze i już. Jak banalne wydają nam się takie problemy przy naszych. Jak opłacić wyprawkę dla dziecka, czy wystarczy "do pierwszego", czy nie wyrzucą mnie z pracy, kiedy w końcu uda się spłacić ten kredyt... Ale w oczach dziecka największą tragedią jest rozwalona babka z piasku albo rozsypane płatki.
Szanujmy to. Nie zabierajmy dziecku dzieciństwa. Nie obarczajmy swoimi problemami. Nie mówmy, że mamy poważniejsze problemy, a nie takie głupoty. Bo to wcale nie są głupoty, a w oczach dziecka, w jego codzienności, są to kłopoty na równi z naszymi.
Cały czar polega na tym, aby spojrzeć na małe dziecko jak na ufoludka. Tak, tak, śmiesznie to może brzmi, ale jednak czasami pomaga. Pojawia się na jakiejś planecie, gdzie obowiązują z góry ustalone zasady, w którym ludzie porozumiewają się dziwnym językiem i w sumie to nie wiadomo czego od nas oczekują. Tak właśnie czuje się dziecko. Im szybciej mamo i tato to zrozumiecie, tym szybciej zrozumiecie cały świat dziecka. Czasami sama zagryzam zęby jak mój synek robi koniec świata ze skończonej bajki albo szarpie się kilkadziesiąt minut z rajtuzami i nie daje sobie pomóc. Ale takie są już te nasze ufoludki, zaczynają od zera, muszą się nauczyć oczywistych dla nas umiejętności. A spojrzenie na dzieciaki z tej perspektywy naprawdę pozwala rozładować atmosferę i nabrać dystansu. Postawcie się w jego sytuacji - nagle znajdujecie się w obcym państwie, którego zasad nie rozumiecie i nie rozumiecie co się do Was mówi. Ciężko prawda? Dla dziecka to codzienność. To my rodzice musimy być wyrozumiałymi przewodnikami w tej trudnej drodze.
Szanujmy to. Nie zabierajmy dziecku dzieciństwa. Nie obarczajmy swoimi problemami. Nie mówmy, że mamy poważniejsze problemy, a nie takie głupoty. Bo to wcale nie są głupoty, a w oczach dziecka, w jego codzienności, są to kłopoty na równi z naszymi.
Cały czar polega na tym, aby spojrzeć na małe dziecko jak na ufoludka. Tak, tak, śmiesznie to może brzmi, ale jednak czasami pomaga. Pojawia się na jakiejś planecie, gdzie obowiązują z góry ustalone zasady, w którym ludzie porozumiewają się dziwnym językiem i w sumie to nie wiadomo czego od nas oczekują. Tak właśnie czuje się dziecko. Im szybciej mamo i tato to zrozumiecie, tym szybciej zrozumiecie cały świat dziecka. Czasami sama zagryzam zęby jak mój synek robi koniec świata ze skończonej bajki albo szarpie się kilkadziesiąt minut z rajtuzami i nie daje sobie pomóc. Ale takie są już te nasze ufoludki, zaczynają od zera, muszą się nauczyć oczywistych dla nas umiejętności. A spojrzenie na dzieciaki z tej perspektywy naprawdę pozwala rozładować atmosferę i nabrać dystansu. Postawcie się w jego sytuacji - nagle znajdujecie się w obcym państwie, którego zasad nie rozumiecie i nie rozumiecie co się do Was mówi. Ciężko prawda? Dla dziecka to codzienność. To my rodzice musimy być wyrozumiałymi przewodnikami w tej trudnej drodze.
Zapraszam również do nas na:
Fan Page: https://www.facebook.com/Myniaki/
23 lipca 2016
Dlaczego szczepię swoje dzieci
Szczepienia - temat rzeka, o którym można pisać i pisać bez końca. Są zwolennicy, są przeciwnicy. Nie zamierzam się zagłębiać we wszystkie za i przeciw, chcę Wam dzisiaj przedstawić swoją widzę i pogląd na sprawę i mam nadzieję, że może ktoś, kto nie szczepi swoich dzieci lub się waha - przekona się.
Dlaczego szczepię swoje dzieci? Oto kilka faktów.
Dlaczego szczepię swoje dzieci? Oto kilka faktów.
- Bo szczepionki - wbrew powszechnej opinii - NIE powodują autyzmu.
- Rtęć zawarta w szczepionkach NIE jest szkodliwa dla dziecka.
- Bo jestem świadomym człowiekiem i interesuje mnie odporność populacyjna.
- Szczepionki NIE są wymysłem firm farmaceutycznych tylko po to, aby zarobić.
- Szczepionki nie powodują tak poważnych efektów ubocznych jak choroby przeciwko którym chronią.
- Choroby przeciwko którym są szczepionki wcale nie zniknęły.
Zapraszam również do nas na:
Fan Page: https://www.facebook.com/Myniaki/
Subskrybuj:
Posty (Atom)








